Miałem o "Lostach" napisać, co ich niedawno skończyłem oglądać, ale ilość przemyśleń, a co za tym ilość tekstu do napisanie bije na głowę niejedną pracę magisterską. Przynajmniej taką np. z AWFu.
I zauważyłem ostatnio, że jak piję to palę dużo. A jak nie piję to palę jeszcze więcej. Tak jestem zestresowany tym niepiciem i brakiem alko we krwi. I chyba się dzisiaj nachleję. Połowa społeczeństwa zdycha dzisiaj po wczorajszych szaleństwach, a że ja wczoraj wieczorem zarobiony byłem to tak, żeby browarom sprzedaż nie spadła – siewodnia moja kolej.
I lubię swoją robotę, mimo że wyżyć ciężko, ale nawet bardzo ciężko. I nawet w sobotę wieczorem ją lubię. I kurwa jakbym nie liczył to za rok mi dekada stuknie w tzw. branży. Z przerwami rzecz jasna. Wniosek o 10 latach jeden: to tylko pierdolona strona www, a oni zachowują się jakbym krzywdził ich matkę.
W tym roku już karierę robiłem na blogsporcie.bl, na Zczuba, a teraz na WordPressie śmigam aż miło. I na WP trafiłem właśnie na takiego bloga, gdzie koleś pisze o czymś co można streścić słynnym: jestem sam, nie mam dziewczyny, jest mi niedobrze. Jakoś mnie taka tematyka słabo pobudza, w przeciwieństwie do inżyniera Mamonia.
Wychodzę rano po fajki i gazetę. Do wyboru mam: sklepik osiedlowy (w którym z dużym prawdopodobieństwem nie będzie fajek, albo gazety, albo jednego i drugiego); kiosk, co kiedyś był kioskiem Ruchu (za daleko) i centrum handlowe. Wybieram trzecią opcję.
Wchodzę do salonu prasowego, czy jak tam ta kurwa się nazywa, akurat na szkolenie. Czyli Doświadczona Pinda przyucza Niedoświadczoną Pindę do zawodu sprzedawcy gazet, petów i prezerwatyw, bo chyba nikt nic innego tam nie kupuje. Przerywam brutalnie mówiąc czego sobie życzę, Doświadczona Pinda mówi do tej drugiej: „To skasuj Pana”. A że dobry humor miałem to nie odpowiedziałem, że skasować to ta pinda może sobie bilet w tramwaju. Jak akurat ma. No to czekam cierpliwie aż Niedoświadczona Pinda opanuje bestię co ją kasą fiskalną nazywają. Czekam i czekam. Zdążyłem przelecieć już pierwszą stronę gazety i dwie klientki co czekały za mną w kolejce, i nic. Niedoświadczona ma minę jakby programowała w Linuksie albo tabelkę w Wordzie robiła, ale cenne uwagi Doświadczonej sprawiają, że w końcu mnie skasowała. Daję monetę w postaci banknotu stuzłotowego i czekam dalej. Oczywiście 10 minut po otwarciu w kasie znaleźć można jedynie jakiegoś Mieszka i kilka monet pięciogroszowych, więc pojawia się problem jak tu wydać resztę. Już przestaję na to zwracać uwagę, bo właśnie kolumny sportowe przelatuję. W końcu Niedoświadczona Pinda podaje mi resztę, mówię: dzięki, nara, brzydka jesteś, pa i idę do domu.
W domu opróżniam kieszenie i przeliczam gotówkę. Dwukrotnie zresztą. I, kurwa, jakbym nie liczył to wychodzi mi 108 złotych i jakieś tam grosze. Czyli tak: wyszedłem z domu ze stówą, a wróciłem z kwotą ją przewyższającą. No i z fajkami wartymi 9,95 zł i gazetą za, chyba, 1,50 zł. Najs.
W związku z tym mój nowy pomysł na życie to: wzięcie kredytu (ciekawe kto mi go da) np. w kwocie 10 milionów pelenów, przejście się z tym hajsem po osiedlu, i powrót do domu z kwotą 10 milionów 80 tysięcy złotych. Tak mniej więcej. Ech, gdyby to było takie łatwe, nie? No to wracam do tzw. tyry...CYA.
Zamiast morału tej notki dam cytat, i to nie jako jej podsumowanie, a na samym początku. Uwaga, morał: jak to kiedyś ładnie wyartykułował Kazik Staszewski: „Najbardziej mnie teraz wkurwia u młodzieży. To, że już więcej do niej nie należę.”
Wszyscy (tzn. ok. czterech i pół czytelników tego bloga) zapewne widzieli film „Before Sunrise” z Julie Delpy i Ethanem Hanke. Widzieli? No to dobrze. Pierwszy raz widziałem ten film w okolicach polskiej premiery, czyli w 1995 roku. Dokładnie było to 31 sierpnia 1995 roku, w nieistniejącym już poznańskim kinie „Gwiazda”. Skąd pamiętam dokładną datę? Ano, po prostu tak już mam i pamiętam. Jakby ktoś mnie spytał, jakiego dokładnie dnia byłem po raz pierwszy np. na „Matrixie’, czy „Pulp Fiction” to pewnie po spojrzeniu w kalendarz z danego roku pewnie bym był w stanie to ustalić. Mniej więcej w taki sposób jak jestem w stanie ustalić, od kiedy znamy się z koleżanką TW CHWILE. Ale akurat kino Gwiazda, „Before Sunrise” i 31.08.1995 pamiętam bardzo dokładnie. No i Mariolę Okocim Spojrzeniu.
To był ważny dzień w moim życiu, z czego tak naprawdę długo sobie sprawy nie zdawałem. I tak naprawdę uświadomiłem sobie to całkiem niedawno. Ok., porzućmy te kombatanckie wspomnienia pod znanym hasłem „jak to onegdaj bywało” i wróćmy do zasadniczego tematu.
Drugi raz „Before Sunrise” obejrzałem kilka miesięcy temu. Oczywiście zapomniałem dodać, że w 95 roku, czyli w wieku lat niespełna osiemnastu, film mi się podobał. Po 13 latach z trudem go zniosłem. Myślałem, że nie wyrobię. Nuda, dłużyzny, brak akcji no i główny tzw. dylemat moralny bohaterki – śmiechu warty. A ten dylemat moralny to (dla tych co nie widzieli) – spotkać faceta, powiedzieć mu, że się z nim nie pójdzie do łóżka, po czym oczywiście skończyć z nim w łóżku. A właściwie na parkowym trawniku. Mając naście lat i oglądając ten film to faktycznie takie przedstawienie sprawy może wydawać się interesujące. Niestety w wieku lat trzydziestu, kiedy wszyscy naokoło pierdolą i pieprzą się, że aż miło, to wspomniany dylemat moralny bohaterki może wywoływać jedynie uśmiech politowania.
A dzisiaj obejrzałem po raz pierwszy „Before Sunset”, czyli ci sami bohaterowie dziewięć lat później spotykają się niby przypadkowo w Paryżu i przez 80 minut opowiadają jakie to mają spierdolone życie. To tak w dużym skrócie. Bo na początku oczywiście wychwalają swoje życie w niebogłosy, dopiero z czasem ujawniają prawdę. Nad wszystkim ładnie czuwa duch Kieślowskiego (jak należy przypuszczać to zasługa współautorki scenariusza – Julie Delpy) – czyli amerykańskie zakłamanie w odpowiedzi na pytanie „Jak leci”, no i coś co Kieślowski streszczał w słowach: „Jak ktoś jest skurwysynem i straci nogę czy oko, to nie jest przez to lepszym człowiekiem, jest po prostu skurwysynem bez nogi czy oka”.
Sequal not equal – to akurat powiedzenie nie sprawdza się w przypadku „Before Sunrise”. Jeśli jeszcze raz przywołać tutaj osobę Julie Delpy – to jest to po prostu „1 Day In Paris”. Dla ułatwienia dodam, że „2 days In Paris” to film, który Delpy wyreżyserowała i który można nawet uznać dopełnieniem trylogii.
Na zakończenie: skąd taki właśnie morał/cytat? Jak śpiewał Staszewski, tym razem Staszek: „Zastanówcie się sami...”
Zainspirowany wpisem Ultry, zajrzałem do statystyk co je na guglach mam i sprawdziłem jakie to hasło wpisują tzw. użytkownicy żeby shiherlisa zlustrować. Haseł nie jest jakaś wielka ilość, tych ciekawych oczywiście. Na czele rankingu zgodnie z oczekiwaniami hasła związane z Kurtem V., ze zdarzaniem się i co Kurt V. by napisał. Ale różne cuda można znaleźć w dalekich otchłaniach zestawienia, cytuję:

Wkurwia mnie dosłownie wszystko! – chciałoby się napisać nieco brutalizując cytat z Łysiaka, który pisał: „Wkurza mnie dosłownie wszystko! Ale najbardziej wkurzają mnie Zośka i telewizja. I Zośka, i telewizja, mówią mi, że nie jestem stuprocentowym mężczyzną. Według Zośki powinienem zwolnić lub przynajmniej zastrzelić mojego szefa, a według telewizji powinienem cały czas wymierzać ciosy karate i grzać z broni maszynowej do wielu bezczelnych osób, robiąc przy tym przerwy dla akrobatycznego seksu lub dla lizania silikonu o rozmiarach piłek futbolowych. No i powinienem być kulturystą, jak ci telewizyjni mężczyźni, którzy są zawsze opaleni i uśmiechają się dwiema koliami idealnie równych, śnieżnobiałych zębów.”
A teraz jeszcze niezwykle inteligentny software mojej niezwykle inteligentnej drukarki komunikuje mi, że „zaleca się posiadanie zapasowego tonera”. Poprosiłem, żeby przypomniał mi o tym za dwa tygodnie i od razu przypomniało mi się hasło z reklam Jacka Daniela: „Jack Daniels przypomina – pij odpowiedzialnie!”. Do ów rady staram się od czasu do czasu stosować.
A wracając do tematu to wkurwia mnie, że o nowej książce Ziemkiewicza dowiaduje się z półki supermarketu. Wiadomo, że Rafał A. jest na indeksie ksiąg zakazanych michnikowszczyzny, ale jakąś zjadliwą recenzję mógłby jakiś szacowny publicysta popełnić. I w ogóle z Ziemkiewiczem to mam taki problem, że bardzo często się z nim nie zgadzam, ale talentu, złośliwości i ostrego pióra nie sposób mu odmówić. Właściwie wszyscy nadworni publicyści tzw. Salonu (na czele oczywiście z uwielbianym przeze mnie byłym posłem Unii Wolności – Mirosławem Czechem) mogą Ziemkiewiczowi buty czyścić. I polizać też je mogą, choć tego to chyba nie są godni.
A propos – Czecha. W jego wypadku to warto było przez większość życia wielbić Michnika i innych, ponad Boga Jedynego. Jak mu się łapa podwinęła i kiedy jego formacja polityczna została odesłana na śmietnik historii, i kiedy pewnie został bez środków do życia, a i bez jakiekolwiek pomysłu również, to Michnik(owszczyzna) go z chęcią przygarnęła pod swoje skrzydła. Lojalność popłaca, chciałoby się rzec. No bo co taki Czech mógłby robić, jak tylko politykowć umie? A teraz Redaktor Czech odpłaca się lojalnie produkując w Wyborczej tony papieru właściwie na każdy temat. Taki zdolniacha! Trzeba o rolnictwie – wołajcie Czecha! Gruzja w NATO – ja się nie znam woła jeden redaktor, ale ten Czech to dopiero! Zna się i chętnie napisze. I Czech pisze, a że czytać to ciężko – no trudno, zdarza się...
I jeszcze wiele rzeczy mnie wkurwia! Na ten przykład: blog.pl, ale o tym „innom razom”...
Poniewczasie to takie fajne słowo, nie? A poznałem to słowo lat temu że ho ho i jeszcze ho. A brzmiało to tak: „Henryk Walezy przybył poniewczasie”. Trochę dziwna konstrukcja, ale za to jakże głęboki sens. Walezy przybył, a ja poniewczasie, obejrzałem sobie „Trzech kumpli”. Wiadomo – film tak poważny, że aż wypadałoby jakąś wielce poważną i inteligentną analizę przeprowadzić. Tylko co tu analizować? Można oczywiście do tematu podejść np. jak Kolenda-Zaleska w dzisiejszej Wyborczej. Takie wtrącenie będzie zupełnie a propos – jak się czyta K-Z to właściwie jakby czytać Adama Szostkiewicza. Tylko, że Szostak jakoś to ładniej umie ubrać w słowa. A K-Z to właściwie pisałabym tylko: a JP2 to, JP2 tamto, a JP2 powiedział, zrobił itd. Aż dziw mnie wziął, że JP2 w sprawie „Trzech kumpli” nie ma nic do powiedzenia. I K-Z musi cytować jakiegoś lewackiego, zagranicznego inteligento-pisarza. No to jeszcze jedno wtrącenie – jak słucham lub czytam Żakowskiego, to się zastanawiam, skąd się na starość wzięło się u niego to lewactwo. Jeszcze kilka lat temu to facetowi zdarzało się nawet coś mądrego powiedzieć. Natomiast ostatnio to najchętniej by z Sierakowskim, pod czerwonym sztandarem, lud pracujący miast i wsi wyprowadzał na barykady. Przeciwko kułakom i innej kontrrewolucji.
Poniewczasie wróćmy do zasadniczego tematu tej notki. Pierwsza rzecz jaka mi się nasunęła już w trakcie oglądania jest taka, że na miejscu Wildsteina to bym chyba tego kutwę Maleszkę zajebał. Przyznam się uczciwie, że w tzw. latach dziewięćdziesiątych byłem pod dużym wrażeniem talentu i umiejętności publicystycznych TW Ketmana. Jak wszyscy. Nawet ubecy podkreślają jaką to ładną polszczyzną Maleszka donosił na przyjaciół. I że w ogóle cud, miód i malina, i do tego agent. Co to nawet swoim oficerom prowadzącym podsuwał pomysły, jak to jeszcze tym-co-to-się-PRL-nie-podoba, dopierdolić. Nie żal mi skurwysyna w ogóle. Gówno mnie obchodzi, czym mu ubecja zagroziła itd. Są przecież w życiu jakieś zasady. Przynajmniej tak mi się wydaje, ale ja stary jestem i inaczej (nie)wychowany. Boże, chroń mnie przed przyjaciółmi, z wrogami sam sobie poradzę.
No i całkowitym przegięciem są odpowiedzi Ketmana w stylu: -Dlaczego pan współpracował? Odpowiedź: To jest doskonałe pytanie! Dlaczego donosił Pan na Zagajewskiego? Odp: To jest doskonałe pytanie! I tak, kurwa, do zajebania. Nóż się sam w kieszeni otwiera. Zero skruchy, wyrzutów sumienia, próśb o wybaczenie i takie tam bzdety. A jego wielka spowiedź z 2001 roku pt. „Byłem Ketmanem”, powinna zawierać podtytuł: „czyli szpiclem doskonałym, i jestem z tego dumny”.