6 lat później

2008-11-12 23:10:18



Jak już pisałem swego czasu, mam we łbie od zajebania dat. Czasem się zastanawiam, czy cokolwiek innego można w nim znaleźć, nieważne, to temat na zupełnie inne rozważania. W każdym bądź razie tkwi we mnie niemalże jak cierń, data: 15, kurwa, listopada. Zazwyczaj takie ‘cierniowe rocznice’ omijam szerokim łukiem, ale na tą jedną, konkretną się zaczaiłem. Tym bardziej 6 lat później. No to do dzieła!

Od czego by tu zacząć? Nie napiszę przecież, że ją kocham. To byłaby bzdura, ‘semantyczne nadużycie’ i oczywista nieoczywistość. Nie można kochać kogoś, kogo przez sześć pierdolonych lat widziało się raz. Raz, przez około półtorej sekundy. Nie mówiąc już o takich bardziej miłosnych czuciach-odczuciach, jak dotyk, zapach, no i ten jej, kurwa, głos – poezja... itd. Tak więc, co przed chwilą udowodniłem, nie kocham jej, od wielu już lat. Ale na przykład w przeciwieństwie do Szmaty jest to dla mnie (i zawsze będzie) osoba, która na rocznicowe notki po prostu zasługuje. Szmata zasługuje na to, żeby ją wypatroszyć, a najpierw wpuścić jej głodnego szczura w... (wiecie gdzie, nie? – a jak nie, to czytać „American Psycho” Ellisa, dla tych co nie czytają dodam – w filmie tego nie ma!).

No to jeszcze specjalne faki dla Szmaty i wracamy do Małej. Patrząc na całą sytuację z perspektywy lat to: ona miała do stracenia dużo (przynajmniej tak jej się wydawało, tak mówiła, a ja jej uwierzyłem), a tymczasem to ja straciłem dużo. Więcej. Może nawet wszystko. Nie wchodząc w szczegóły: straciłem (a muszę dodać, że na własne życzenie – więc szczególnego żalu do losu nie mam, jeno do siebie) kobietę, która kochała mnie jak nikt inny na świecie. A kochała mnie tak mocno, mimo tego że mnie znała, lepiej być może niż ja znam siebie samego. I nie była to Mała. Stety, albo niestety. I tę kobietę straciłem. Oczywiście sześć lat temu, całkowicie nie zdawałem sobie sprawy z tego co tracę. Teraz już wiem, ale trudno. Trochę żałuję, ale cieszę się z dwóch rzeczy: 1) z tego, że mimo iż miałem okazję powrotu, to tego nie zrobiłem – i był to być może pierwszy i jedyny raz, kiedy w tym długim związku zrobiłem coś dla niej, a nie dla siebie; 2) i z tego, że jest teraz naprawdę szczęśliwa, czyli w stanie do jakiego pozostając ze mną, nawet by się nie zbliżyła. Tak właśnie zauważyłem, że miało być o Małej, a jest o A. No cóż, zdarza się napisałby Kurt V...

15, kurwa, listopad nie powoduje we mnie jakiegoś szczególnego doła. Wiele mnie ta sytuacja nauczyła. Miałem do wyboru Małą i A. Małą kochałem na ów czas szaleńczo, a A. no cóż... jak to kiedyś ładnie dyplomatycznie stwierdziła: rozpierdoliśmy ten związek już dużo wcześniej i to na własne życzenie. Ładnie powiedziane. Wybrałem wtedy Małą, co było wyborem bez sensu, ale niestety wiadomo, że serce nie sługa, szwagier nie rodzina, a piwo nie wódka. Potem Mała stanęła przed wyborem. A właściwie jego brakiem. Czy na pewno? Chuj z wiadrem, jak powiedział klasyk.

Tak więc Mała, mam nadzieję, że nie spełniły się Twoje czarne scenariusze i nie wegetujesz. Z tego co widziałem, to raczej żyjesz pełnią życia. Może nie oddychasz pełną piersią, ale nie jest tak tragicznie, jak być miało, nie?

:K

A tzw. facetom powiem jedno – jedna kochająca kobieta jest miliard razy więcej warta niż jesteście w stanie sobie wyobrazić... Niestety, taka już nasza bardzo głupia natura, że lubimy pchać kutasy, tam gdzie ich z pewnością wpychać nie powinniśmy... Otrzeźwienie przychodzi zazwyczaj za późno. Czasem to mimo wszystko lepiej (jak, nie chwaląc, się w moim przypadku), czasem gorzej... Ale wiadomo: „w życiu każdy ma prawo wybrać źle”.

PS Koniec notki dedykowany Ślubnemu Maneater ;-)

skomentuj (2)
Strona główna