Zamiast morału tej notki dam cytat, i to nie jako jej podsumowanie, a na samym początku. Uwaga, morał: jak to kiedyś ładnie wyartykułował Kazik Staszewski: „Najbardziej mnie teraz wkurwia u młodzieży. To, że już więcej do niej nie należę.”
Wszyscy (tzn. ok. czterech i pół czytelników tego bloga) zapewne widzieli film „Before Sunrise” z Julie Delpy i Ethanem Hanke. Widzieli? No to dobrze. Pierwszy raz widziałem ten film w okolicach polskiej premiery, czyli w 1995 roku. Dokładnie było to 31 sierpnia 1995 roku, w nieistniejącym już poznańskim kinie „Gwiazda”. Skąd pamiętam dokładną datę? Ano, po prostu tak już mam i pamiętam. Jakby ktoś mnie spytał, jakiego dokładnie dnia byłem po raz pierwszy np. na „Matrixie’, czy „Pulp Fiction” to pewnie po spojrzeniu w kalendarz z danego roku pewnie bym był w stanie to ustalić. Mniej więcej w taki sposób jak jestem w stanie ustalić, od kiedy znamy się z koleżanką TW CHWILE. Ale akurat kino Gwiazda, „Before Sunrise” i 31.08.1995 pamiętam bardzo dokładnie. No i Mariolę Okocim Spojrzeniu.
To był ważny dzień w moim życiu, z czego tak naprawdę długo sobie sprawy nie zdawałem. I tak naprawdę uświadomiłem sobie to całkiem niedawno. Ok., porzućmy te kombatanckie wspomnienia pod znanym hasłem „jak to onegdaj bywało” i wróćmy do zasadniczego tematu.
Drugi raz „Before Sunrise” obejrzałem kilka miesięcy temu. Oczywiście zapomniałem dodać, że w 95 roku, czyli w wieku lat niespełna osiemnastu, film mi się podobał. Po 13 latach z trudem go zniosłem. Myślałem, że nie wyrobię. Nuda, dłużyzny, brak akcji no i główny tzw. dylemat moralny bohaterki – śmiechu warty. A ten dylemat moralny to (dla tych co nie widzieli) – spotkać faceta, powiedzieć mu, że się z nim nie pójdzie do łóżka, po czym oczywiście skończyć z nim w łóżku. A właściwie na parkowym trawniku. Mając naście lat i oglądając ten film to faktycznie takie przedstawienie sprawy może wydawać się interesujące. Niestety w wieku lat trzydziestu, kiedy wszyscy naokoło pierdolą i pieprzą się, że aż miło, to wspomniany dylemat moralny bohaterki może wywoływać jedynie uśmiech politowania.
A dzisiaj obejrzałem po raz pierwszy „Before Sunset”, czyli ci sami bohaterowie dziewięć lat później spotykają się niby przypadkowo w Paryżu i przez 80 minut opowiadają jakie to mają spierdolone życie. To tak w dużym skrócie. Bo na początku oczywiście wychwalają swoje życie w niebogłosy, dopiero z czasem ujawniają prawdę. Nad wszystkim ładnie czuwa duch Kieślowskiego (jak należy przypuszczać to zasługa współautorki scenariusza – Julie Delpy) – czyli amerykańskie zakłamanie w odpowiedzi na pytanie „Jak leci”, no i coś co Kieślowski streszczał w słowach: „Jak ktoś jest skurwysynem i straci nogę czy oko, to nie jest przez to lepszym człowiekiem, jest po prostu skurwysynem bez nogi czy oka”.
Sequal not equal – to akurat powiedzenie nie sprawdza się w przypadku „Before Sunrise”. Jeśli jeszcze raz przywołać tutaj osobę Julie Delpy – to jest to po prostu „1 Day In Paris”. Dla ułatwienia dodam, że „2 days In Paris” to film, który Delpy wyreżyserowała i który można nawet uznać dopełnieniem trylogii.
Na zakończenie: skąd taki właśnie morał/cytat? Jak śpiewał Staszewski, tym razem Staszek: „Zastanówcie się sami...”